PROJEKT
O NAS
TU ZACZNIJ
KLIMAT
POLITYKA MŁODZIEŻOWA
WOLONTARIAT
DEBATY
KULTURA
EDUKACJA
FILMY
PARTNERZY I PATRONI

Zuza Karcz: Pięć minut przed tym, jak miałam otworzyć całe wydarzenie, palnęłam, żeby przedstawić mnie jako przyszłą prezydentkę

Cześć, nazywam się Zuzanna Karcz, chociaż zdecydowanie preferuję bycie nazywaną po prostu Zuzą. Pochodzę z Dąbrowy Górniczej, urodziłam się i uczę się już 5. rok w Sosnowcu. Z doświadczenia wiem, że aktywizm nie jest usłany różami, jednak najtrudniejszym krokiem dla działaczy i działaczek jest podjęcie decyzji o tym, aby wyjść przed szereg i głośno mówić o tym, co dla nich ważne. W tym tekście opowiadam o swojej aktywistycznej historii i między wierszami zdradzam, na co warto zwrócić uwagę, rozpoczynając jakąkolwiek działalność.

Swoją przygodę zaczęłam od końca, czyli od polityki. Jako że czytam dość sporo na ten temat, TVN24 od najmłodszych lat brzęczał mi gdzieś w tle, a ja byłam oczarowana ideą aktywizmu na rzecz osób LGBT, pognałam na spotkanie z Robertem Biedroniem w październiku 2018 i od tego się właściwie zaczęło. Jako polityk był dla mnie, wyoutowanej lesbijki, zadeklarowanej feministki, stojącej za rozwiązaniami ekologicznymi, najbliższy.

Równolegle prowadziłam też kampanię do samorządu uczniowskiego. Z sukcesem. Żadna inna partia nie startowała. I być może w tym była moja największa przewaga, bo gdyby ktoś miał chociaż odrobinę wątpliwości co do mojej kandydatury na przewodniczącą samorządu, to na pewno ruszyłby w tym wyścigu na najbardziej absurdalne pomysły dotyczące restrukturyzacji szkoły. Takie realia. Gorsze od tych w polityce krajowej, tak myślę.

W czasie burzy mózgów z Robertem Biedroniem padło pytanie o to, kto z nas startuje w wyborach samorządowych (przypis odautorski: II tura wyborów odbywała się 4 listopada). Wystrzeliłam: „ja, to ja!”. W tym przypływie emocji – bo polityk, którego śledziłam tyle lat, powiedział, że trzyma za mnie kciuki – ja, 16-letnia Zuza Karcz, pełna entuzjazmu, po zakończonym spotkaniu i trzaśniętym selfie, podeszłam ze swoim znajomym do Krzysztofa Śmiszka. Po beznadziejnym i nerwowym small talku (zaczęłam się tego uczyć dopiero potem, co zresztą okazało się bardzo przydatną umiejętnością w tym wczesnopolitycznym otoczeniu), wypaliłam jak gdyby nigdy nic: „to planujecie jakąś młodzieżówkę?”

Kto pyta, nie błądzi. Tego samego dnia rejestrowałam się na poleconej przez Krzysztofa platformie. Od razu zaczęłam szukać kontaktu z lokalnymi strukturami: kilka tygodni później znalazłam się na spotkaniu dla sympatyków w Katowicach, które prowadziła mecenaska Gabriela Morawska-Stanecka, dziś wicemarszałkini Senatu RP, wraz z Michałem Syską. Wtedy też dopytywałam o to, kiedy powstanie jakaś młodzieżówka, bo czym może być partia Roberta Biedronia bez zaangażowania młodych aktywistów i aktywistek?!

Niedługo później zaczęły się przygotowania do wyjazdu na pierwszą konwencję programową z naszego przeuroczego okręgu zagłębiowskiego, pierwsze lokalne rozgrywki polityczne, pierwsze znajomości. Zostałam koordynatorką okręgową, potem regionalną. Jako Przedwiośnie braliśmy udział w konferencjach prasowych, pisaliśmy posty na Facebooku, zbieraliśmy podpisy pod teatrem Wyspiańskiego w Katowicach. I tak się toczyło. Zaangażowałam się w kampanię Łukasza Kohuta, dziś europarlamentarzysty. Kręciłam z działaczkami Przedwiośnia filmiki-składanki z okazji dnia kobiet (a robiłyśmy to z dnia na dzień - pamiętam doskonale, jak tekst pisałam na kolanie na okienku międzylekcyjnym), chodziłam rozdawać ulotki w zdecydowanie nienajbezpieczniejszej okolicy. Pamiętam, że kiedy do wyborów europejskich zostawało coraz mniej czasu, w akcie desperacji (bo tyle tego było!), ale z dobrej woli, przekazałam po lekcjach ulotki niekoniecznie odpowiedzialnym osobom, aby rozdały je u siebie w bloku. Te działania były jedną wielką sinusoidą: czasem dostawałam po głowie – za swoje działania, za poglądy, za działania członków i członkiń partii, innym razem zbierałam dziesiątki lajków na fejsie i pochwał.

Kampania łączyła się z ciekawymi spotkaniami – i tak, jako ochotniczka, pierwsza zabrałam głos w czasie kolejnej burzy mózgów, tym razem z Fransem Timmermansem. Spędziłam czas z moją przyjaciółką-aktywistką z Bydgoszczy, Moniką Fiugajską i wicemarszałkinią Wandą Nowicką. To był długi dzień. Wracałam najpóźniejszym możliwym pociągiem z Warszawy – niewygodnym TLK, Warszawa Centralna, odjazd 21:05. Kiedy tak siedziałam sama w przedziale, ustawiłam nakładkę na zdjęcie profilowe z napisem „Wspieram strajk nauczycieli”. Nie wiedziałam wtedy, że to wszystko obróci moje aktywistyczne życie do góry nogami.

To był 10 kwietnia, kiedy siedziałam w domu, a tematem przewodnim we wszystkich mediach był strajk nauczycieli. Nudziłam się. Dotykała mnie bezsilność – bo jak inaczej pokazać nauczycielom i nauczycielkom, że ich wspieramy, poza wysłaniem SMSa i pojawieniem się w drzwiach pokoju nauczycielskiego? „Przecież musicie coś zrobić poza zbieraniem śmieci w okolicy szkoły” powiedziała mama. I miała rację. Pojechałam do Katowic pożyczyć od jednej z lokalnych liderek Strajku Kobiet szczekaczkę (czyli po prostu megafon), wymalowałam baner, który następnego dnia miałam powiesić z mamą na balkonie szkoły. „Jesteśmy z Wami. Uczniowie z rodzicami”. Złapałam za telefon i obdzwoniłam każdą osobę, którą tylko mogłam.

„Hej, przeszkadzam? Robimy pikietę jutro pod szkołą… Dwunasta trzydzieści. Zaproś przynajmniej dziesięć osób i daj znać, ile przyjdzie”. W międzyczasie dostałam też telefon z propozycją wystąpienia na konwencji programowej Wiosny. 11 kwietnia przed szkołą odbywała się też konferencja prasowa prezydenta miasta. Zebrała się spora liczba dziennikarzy. Do pikiety zostało trochę ponad dwie godziny, a my, uczniowie, nie mieliśmy praktycznie żadnych potwierdzonych reporterów. Wybiegłam przed szkołę, żeby poprosić, żeby zjawili się też później. Wzięli mnie z zaskoczenia, odpowiedziałam na kilka pytań. Nie chciałam być celebrytką. Zakończyłam słowami: „Zuzanna Karcz. Trochę jak Karczewski, ale ja bez idei na końcu”. Czułam się jak ryba w wodzie. Kilka dni później okazało się, że news o naszej pikiecie podłapała jakaś międzynarodowa socjalistyczna strona internetowa, a później – chińskojęzyczne media.

Dzień później zrobiliśmy takie samo wydarzenie, z samorządami pozostałych szkół ponadgimnazjalnych i młodzieżową radą miasta w centrum. Usłyszeliśmy od przechodniów, że też będziemy złodziejami, że dajemy się manipulować darmozjadom. Nikt nie mówił, że bycie aktywistką ma być przyjemne, ale pamiętam, że przez moment zrobiło mi się przykro. Potem wyzbyłam się podobnych emocji, bo wiedziałam, że robię słusznie i przede wszystkim w zgodzie z samą sobą. To było zdecydowanie najważniejsze. W sobotę pojechałam do Warszawy z małą walizką, na pierwszy zjazd młodzieżówki. Zanim jednak dotarłam pod wyznaczony adres, zestresowana wpadłam na próbę do konwencji. Szło mi tragicznie i nie ma w tym ani grama przesady. Pięć minut przed tym, jak miałam otworzyć całe wydarzenie, prasując sobie koszulkę na występ, palnęłam, żeby przedstawić mnie jako przyszłą prezydentkę, bo nie miałam pojęcia, co o sobie powiedzieć – lepiej przecież było wyjść na dziewczynę, która ma jakieś marzenia i aspiracje polityczne. Kim byłam? Czy mogłam już nazwać się aktywistką? Kim tak naprawdę jest aktywista?

Wystąpiłam z moim emocjonalnym przemówieniem. Sprawę strajku brałam bardzo osobiście – nauczycielką była jedna z najważniejszych dla mnie osób, moja zmarła już babcia, pierwsza i najlepsza nauczycielka kiedykolwiek. Przeszliśmy po wszystkim do siedziby partii i tam pracowaliśmy nad statutem, zarządem i integracją młodzieżówki. Kilka dni później ponownie przyjechałam do Warszawy, aby wziąć udział w konferencji prasowej u boku Roberta Biedronia, jako strajkująca z nauczycielami uczennica.

Miesiące mijały, a po strajku nauczycieli wyciszyłam się właściwie do lipca, kiedy miał miejsce historyczny marsz równości w Białymstoku. Ten, podczas którego zaatakowano maszerujących i musiała interweniować policja. Reakcja mojej dziewczyny była błyskawiczna: zaoferowała pomoc prawną wszystkim dyskryminowanym. Siedziałyśmy przed komputerami dzień i noc, próbując ogarnąć jej fejsbukową stronę, która wrzała przez kilka kolejnych dni. Każde udostępnienie musiało być opatrzone stosowną reakcją i komentarzem – wszyscy udostępniający i udostępniające potrzebowali wtedy wsparcia.

W sierpniu wystąpiłam z młodzieżówki. I niczego nie żałuję. Zawarłam tam mnóstwo świetnych znajomości, zyskałam przyjaźń i zrozumienie, poznałam wiele świetnych polityków i polityczek. To naprawdę genialny sposób na to, aby zbliżyć się do tego świata, który obserwowałam od dziecka przez ekran telewizora. I choć biegu mojej historii nie zmienię, myślę, że istnieją również inne drogi rozwoju, które są mniej ograniczające dla młodego aktywisty czy aktywistki.

Zaczęłam swoją działalność od końca, czyli na starcie byłam postrzegana jako parapolityczka. Wszelkie późniejsze akcje były uznawane jako zbijanie kapitału politycznego – jako przewodnicząca samorządu uczniowskiego, od dziecka interesująca się polityką, nie byłam i po dziś dzień nie jestem w stanie zrozumieć, co było skandalicznego w tym, aby pracować na rzecz społeczności szkoły i równolegle, ale niezależnie, zabawić się w politykę.

W młodzieżówce działacie na konto partii i polityków oraz polityczek, z którymi współpracujecie. To spora odpowiedzialność. To także możliwość ćwiczenia wystąpień w mediach lokalnych, obserwowania kampanii, a później pracy posła czy posłanki, nauczenia się obsługi social mediów i wszelkich powiązanych z tym umiejętności. Wiele realnej wiedzy przyniosło mi też analizowanie prawa wyborczego. To taka wiedza, która siłą rzeczy przychodzi aktywistom i aktywistkom politycznym z łatwością. Z drugiej jednak strony, bycie kojarzoną z konkretną młodzieżówką, zamknęło mi drzwi przed udziałem w różnych wydarzeniach. Na konferencje nie zaprasza się przedstawicieli konkretnych partii, bo zaburzyłoby to zasadę apolityczności tego typu wydarzeń.

Nie porzuciłam działania w myśl moich wartości: biorę udział w marszach równości, manifach prokobiecych, prowadzę konto na Instagramie o tematyce praw osób LGBT, praw kobiet, czyli po prostu – praw człowieka. Wspieram te polityczki i tych polityków, których działanie jest najbliższe moim przekonaniom poprzez pracę nad ich mediami społecznościowymi czy udostępnianie tworzonych przez nich treści. W czasie kampanii do parlamentu polskiego poparłam Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk oraz Macieja Kopca – obydwoje zdobyli mandat. W grudniu odwiedziłam europosłankę Sylwię Spurek w Brukseli. Na zaproszenie posłanki Moniki Falej, brałam udział w I Forum Organizacji Kobiecych. Kiedy to piszę, równolegle pracuję nad protestem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. To żywy dowód na to, że politykę można obserwować z bliska, będąc poza nią.

„Bądź zmianą, jaką chcesz widzieć w świecie” powiedział Mahatma Gandhi lata temu i podpisuję się pod tym rękami i nogami. Mimo że mam 18 lat, wiem doskonale, że jestem w stanie zmieniać świat po swojemu.

Zuza Karcz