PROJEKT
O NAS
TU ZACZNIJ
KLIMAT
POLITYKA MŁODZIEŻOWA
WOLONTARIAT
DEBATY
KULTURA
EDUKACJA
FILMY
PARTNERZY I PATRONI

Kamila Mistarz o myOxperience: W takim miejscu i z takimi ludźmi chce się tylko usiąść i uczyć, dyskutować, poznawać świat za każdym razem na nowo

W psychologii istnieje teoria flashbulb memory, która mówi o tym, że człowiek pod wpływem emocji zapamiętuje rzeczywistość bardzo dokładnie i na długi czas. To jak taki ślad, którego w żaden sposób się nie pozbędziesz, a on będzie do ciebie wracał w najmniej spodziewanych momentach życia. MyOXperience jest takim moim śladem. Cały czas widzę zachmurzone niebo za oknem, laptop z otwartym szczęśliwym mailem i szarą koszulkę, którą poplamiłam kawą, kiedy trzęsącymi się z ekscytacji rękami próbowałam jednocześnie bezpiecznie odstawić kubek na biurko i zadzwonić do rodziców. Żeby było zabawniej, to całe sześć dni, od gali laureatów aż po wyjście z autobusu wiozącego mnie z powrotem do domu, jest jednym wielkim wspomnieniem, zapisanym w mojej pamięci z najmniejszymi szczegółami. Twarze, słowa, urywki rozmów i uczucia, mnóstwo uczuć – chyba wszystkie, które mogą towarzyszyć człowiekowi podczas spełniania marzeń.

Od samego początku wiedziałam, że nie zostanę na studia w Polsce. Stwierdziłam, że choćby się waliło i paliło, to nie mam serca iść na krajową uczelnię i uczyć się historii sztuki w społeczeństwie, które z góry spisuje mnie na straty i przykleja łatkę nudnego muzealnika. Akurat wybrałam sobie dość nietypową ścieżkę kariery, ale zawsze wiedziałam, że w sztuce jest coś więcej, a wizyta w Oxfordzie tylko umocniła mnie w tym przekonaniu. Tam panuje zupełnie inne podejście do przedmiotów rzadkich, nietypowych pomysłów i do… wszystkiego. Przechadzając się po uliczkach Oxfordu, które zachwycają zabytkową architekturą i czarują swoim klimatem, można dosłownie poczuć się jak w innym świecie. Można tam zadać każde, najgłupsze nawet pytanie, ale w końcu kto pyta, ten nie błądzi. W procesie nauki jest dużo miejsca na pomyłkę, za którą nikt Cię nie skarci, bo przecież porażka to część drogi do sukcesu. Do profesorów mówi się po imieniu, bo szacunek jest czymś naturalnym, każdy jest zawsze gotowy cię wysłuchać, pochwalić, zmotywować, posłać zwykły uśmiech. Dyskusje są na tyle żywe, a wszyscy tak zaangażowani, że nie raz z sali zajęć przenosiliśmy rozmowę na stołówkę, aż stygło nam całe jedzenie i musieliśmy biec na następny wykład. W takim miejscu i z takimi ludźmi chce się tylko usiąść i uczyć, dyskutować, poznawać świat za każdym razem na nowo.

Nauka na Oxfordzie pozbawiona jest częstych egzaminów. Tak naprawdę uczysz się bez przymusu, co pozwala czerpać przyjemność z każdej minuty nad książkami, a myśli mogą wędrować w każdym, wybranym przez ciebie kierunku. Pamiętam bardzo dobrze zdziwienie i oburzenie jednej z tutorek przedmiotu Classics (która zresztą postanowiła sobie pojechać do Austrii i robić badania o wpływie muzyki na rozwój dziecka) jak usłyszała, że w Polsce nie uczymy się przedmiotów takich jak ten jej, a lekcje opierają się na zakuwaniu dat, terminów i ciągłym testowaniu. To był dla mnie taki przełomowy moment, bo zrozumiałam, że jednak gdzieś, a konkretnie w Anglii, są jeszcze ludzie, którzy doceniają nieszablonowość i nie dyskryminują żadnego zamiłowania. Nawet jeśli (tak jak inny tutor, z którym się spotkaliśmy) chcesz zajmować się staroangielskim i innymi zapomnianymi językami, bo cię to po prostu kręci. A to jest mega ważne – być zafascynowanym tym, co się robi, bo na każdym kroku jest podkreślane, że to właśnie pasja jest w stanie poprowadzić cię najlepszą z możliwych dróg.

MyOXperience nie było jednak tylko doświadczeniem uniwersytetu samego w sobie. Pozostałe 29 osób, dwóch opiekunów, a nawet nasz fotograf, którzy pojechali razem ze mną do Anglii, to wielcy ludzie, inspirujący i pełni energii, którzy bez wątpienia zmienią kiedyś w jakiś sposób nasz świat. Samo przebywanie z nimi przez tydzień w tym niesamowitym miejscu, dało mi masę satysfakcji, a przede wszystkim dużo śmiechu i wspomnień. Bo Oxford jest też miejscem, w którym można się świetnie bawić i próbować nowych rzeczy, a studenci to wspaniali młodzi ludzie, a nie stereotypowe „mądrale”. Nie mówią cały czas skomplikowanym językiem, nie chodzą w garniakach ani na szpilkach, a lubią zrobić coś innego niż zwykle i mają super poczucie humoru. Mogliśmy pogadać z nimi o wszystkim, zabrali nas na lodowisko, na oxfordzkiego kebaba i frytki z serem (uh, nie jedzcie tego!), zorganizowali małą pożegnalną posiadówkę, a ich pomoc jeśli chodzi o proces aplikacji na studia, przeprowadzone próbne interviews i każde dobre słowo, nie mogą się równać z niczym. A no i chyba nigdy nie spotkałam tylu ludzi na raz, którzy chcą codziennie chodzić do księgarni.

Patrząc na to wszystko z perspektywy ponad roku od wyjazdu i kilku miesięcy po złożeniu aplikacji, mogę powiedzieć, że myOXperience nie powinno się traktować tylko jako pierwszego kroku do dostania się na Oxford, Cambridge, czy inną wielką uczelnię, o której wszyscy słyszeli. Tak naprawdę ten wyjazd daje człowiekowi o wiele więcej – pozwala spojrzeć na samego siebie od nowa, odkryć słabości i silne strony, ukierunkować się i wydobyć odwagę, która do tej pory drzemała ukryta gdzieś głęboko. Oxford tak naprawdę nauczył mnie, że jedyne granice istnieją tylko w mojej głowie i mam wrażenie, że po tych pięciu dniach jestem w stanie zrealizować wszystkie swoje plany, nawet te, o których jeszcze nie śniłam. Cóż, każdemu podwinie się czasem noga. Mi też się podwinęła, bo nie dostałam oferty na wymarzony Oxford, ale nauczyłam się tam, że z porażek trzeba wyciągać wnioski. Choć nie wiem jeszcze, jak dalej potoczy się moje życie, czy przyjmę jedną z innych ofert w UK czy spróbuję w przyszłym roku zaaplikować ponownie, to mam świadomość, że świat jest jednak pełen dobrych, ambitnych ludzi, którzy są w stanie zmienić świat na lepsze. Marzycieli, których spotkam na swojej drodze, jeśli otworzę sobie wystarczająco dużo drzwi. I że zawsze, jeśli tylko chcę, mogę stać się jednym z nich.

Kamila Mistarz